Elficka kobieta

W ZAJEŹDZIE Z DYBRYM JEDZONKIEM

o tym, że wszędzie serwują niestrawne posiłki

Złocisty blask późnego poranka już ogrzewał trawy, kiedy Frito w końcu zbudził się, z głową pękającą z bólu, czując w ustach smak dna ptasiej klatki. Rozejrzawszy się wokół, czując każe kosteczkę, zobaczył, że wraz z trzema pozostałymi towarzyszami leży na samym skraju lasu, a przed nimi biegnie czteropasmowy trakt prowadzący prosto do Whee! Nigdzie nie było śladu Tima Benzedryny. Frito pomyślał, że wydarzenia minionej nocy zapew­ne były koszmarnym snem chochlika, który opchał się po uszy zepsutą sałatką ziemniaczaną. Wtem jego wzrok padł na papiero­wą torebkę stojącą obok jego plecaka i przyczepioną do niej karteczkę. Frito ze zdumieniem przeczytał: ocieplanie dachu

Drygi Frydku!
Szkyda, że pydłeś tak szybky zeszły nocyy. Ominyły ci nprywdy fyjny podróże.
Mym nydzieji, ży tyn pirściń dziyła jak trza.
Pokuj s Tobom, Timm
PS. Myci myły zypysik prochuf, co ji wym zostawuji. Mysze kyńczyć, bo zara mym odododlot obożeobożeo - bożeobożeeeeee

elfelfelfelfelfelf

Frito zajrzał do brudnej papierowej torebki i znalazł sporą ilość kolorowych cukierków, bardzo podobnych do tych, jakie jedli minionej nocy. Dziwne, pomyślał, ale mogą się przydać. Kto wie? I tak, po godzinie cucenia towarzyszy, prowadzona przez niego grupka ruszyła w kierunku Whee, z ożywieniem omawiając wy­darzenia ubiegłego wieczoru.
Whee była główną wioską Wheelandu, małego i błotnistego obszaru zamieszkanego głównie przez zadzierające nosa krety i lud marzący o tym, żeby mieszkać gdzie indziej. Cieszyła się przelotną popularnością, kiedy - w wyniku nagłego ataku czka­wki geodety - czteropasmowy Kręty Szlak Wewnątrzstanowy omyłkowo przeprowadzono przez sam środek tego nędznego sio­ła. Potem, przez jakiś czas, tutejsza populacja żyła dostatnio dzięki nielegalnemu wystawianiu mandatów za przekroczenie szybkości lub nieprzepisowe parkowanie oraz sporadycznym, bezczelnym porwaniom. Niewielki ruch turystyczny z pobliskiego Bagna do­prowadził do powstania tanich jadłodajni, paskudnych straganów z pamiątkami i fabryczki zabytkowych znaków granicznych. Jednak narastające kłopoty ze Wschodem gwałtownie zakończyły ten handel. Ze wschodnich krain zaczął napływać strumyk uchodźców mających niewiele dobytku i jeszcze mniej rozumu. Nie tracąc takiej okazji, ludzie i chochliki z Whee zgodnie współpracowali przy sprzedaży kiepsko władającym ich językiem emigrantom takich rzeczy, jak krótsze nazwiska i udziały w wytwórniach perpetuum mobile. Ponadto zasilali swoje kiesy, wciskając czarnorynkowe wizy do Bagna tym nieszczęśnikom, którzy nie orientowali się w przepisach.
Mieszkańcy Whee byli przygarbieni, przysadziści, szerokostopi i ociężali. Mając głębokie oczodoły i skłonność do skrzywień kręgosłupa, często bywali brani za neandertalczyków - powszechny błąd, który z czasem znienawidzili. Niezbyt skłonni do gniewu i czegokolwiek innego, żyli w pokoju z sąsiadami chochlikami, których bardzo podbudowywał fakt istnienia stworzeń stojących na niższym szczeblu drabiny ewolucji.kasyno online

Te dwa ludy utrzymywały się teraz z przemytu nielegalnych emigrantów i z zasiłków - powszechnie rosnących tu owoców w kształcie ludzkiej trzustki i równie apetycznych.
Wioska Whee składała się z około sześciu tuzinów niewielkich domków, w większości zbudowanych z pergaminu i korków od butelek. Stały nierównym kręgiem, otoczone fosą, której smród ze stu kroków powaliłby smoka.